Przetłumaczone Tak jak przedstawiono na dziennikzwiazkowy.com
Autor: Tatiana Kotasinska
18 czerwca 2021
Piotr Wachowski – znak zodiaku Strzelec; prawnik, który odkrył, że jego powołaniem jest walka o pokrzywdzonych polskich imigrantów. W praktyce prawniczej ma zerową tolerancję dla układów i bylejakości. Otwarcie przyznaje się do kryzysów i rodzinnych tragedii, które nauczyły go szacunku dla zdrowia i życia duchowego. Z odwagą i poczuciem humoru spogląda w mistrzowsko budowaną PRZYSZŁOŚĆ.
Tatiana Kotasinska: – Kiedy po raz pierwszy zwróciłam się do Pana z prośbą o wywiad, chętnie się Pan zgodził. Czy może Pan wyjaśnić swoje zaangażowanie, dlaczego tak bardzo zależy Panu, aby ludzie Pana poznali?
Piotr Wachowski: – Powodem może być to, że ostatnio czuję się jak nowonarodzony. Na tym etapie mojego życia czerpię radość z tego, co robię, tak jak zaraz po ukończeniu studiów prawniczych. Być może wtedy bardziej martwiłem się o to, co ludzie myślą o mojej pracy. To już nie jest dla mnie takie ważne. Chcę podzielić się z moimi polskimi klientami tym, kim naprawdę jesem, również prywatnie. Nie potrzebuję nagród czy aprobaty, ani zaspokajania mojego ego w żaden sposób.
Jakiś czas temu podczas rozmowy z coachem specjalizującym się w rozwoju kariery doszedł Pan do wniosku, że chce Pan pracować dla polskiej społeczności. Skąd wzięła się ta pewność?
– Nie wiem, skąd dokładnie wzięła się ta wielka pewność. Może przyszła „z góry”. Przez całe życie miałem kontakt z Polakami, głównie przez różne prace. Zawsze rozumiałem członków tej konkretnej grupy etnicznej. Chociaż sam urodziłem się w Chicago, zawsze identyfikowałem się jako Polak. Kiedy prawie kończyłem studia prawnicze, przez krótki czas chciałem się na nowo stworzyć. Myślałem, że powinienem pójść w zupełnie nowym kierunku. Być może zmagałem się z silnym poczuciem polskiej tożsamości. Jednak jednocześnie nie byłem pewien, jaki będzie kształt tej formacji. Miałem wtedy 26 lat. Szukałem pomocy.
Później, podczas sesji z moim coachem kariery, jasno zrozumiałem, że nie muszę uciekać. Zrozumiałem, że moim powołaniem jest zaangażowanie się we wspieranie naszych lokalnych polskich społeczności. Choć może to zabrzmi głupio, mogę powiedzieć, że w tamtym momencie poczułem się, jakbym otrzymał rodzaj duchowego przesłania. To było niesamowite uczucie. Wzruszyło mnie to. Płakałem jak dziecko podczas sesji z coachem kariery podczas różnych ćwiczeń, które wykonywaliśmy.
Coaching rozwoju kariery, „Strategic Coach” – co to wszystko oznacza?
– Korzystałem z porad strategicznego geniusza coachingu, którego zajęcia regularnie, raz w roku, brałem przez ostatnie 17 lat. Wszyscy uczestnicy warsztatów chcą poprawić swoją karierę i dlatego biorą w nich udział. Planują swoją przyszłość. Staram się myśleć, że moja przyszłość jest większa niż moja przeszłość. Wszyscy uczestnicy warsztatów zazwyczaj dobrze sobie radzą w biznesie poprzez wprowadzanie ulepszeń w relacjach rodzinnych, wiarę w osiągnięcie równowagi i rozwój. To, co myślimy o przyszłości, odzwierciedla teraźniejszość – gdybym myślał, że mam nieciekawą przyszłość, nie miałbym siły iść dalej.
Pana CV jest bardzo bogate. Zaczął Pan pracować jako dziesięcioletni chłopiec. Czy czasami czuje Pan, że mógł Pan stracić dzieciństwo?
– Nie. To dlatego, że nigdy nie wiedziałem, jakie dzieciństwo miało być inaczej. W moich nastoletnich latach byłem szczęśliwy, że miałem pracę. Chociaż czasami inni robotnicy budowlani mówili mi, że jestem dzieciakiem i że powinienem podróżować z plecakiem po Europie, tak jak oni, gdy byli w moim wieku, to mnie nie przeszkadzało. Musiałem odziedziczyć swoją pracowitość po rodzicach.
Mieszkał Pan w polskiej dzielnicy, a Pana rodzice byli związani z polskim rynkiem pracy. Proszę nam o tym opowiedzieć.
– Mój tata, Kazimierz, prowadził sklep mięsny na Belmont Avenue. Później przeprowadził się na Florydę. Moja mama, Maria, potrafiła odnaleźć się w każdej dziedzinie, od kelnerowania i sprzątania po sprzedaż dywanów i własną firmę sprzątającą. W końcu prowadziła firmę budowlaną, która odnosiła duże sukcesy. To było bardzo niezwykłe zajęcie dla kobiety w tamtych czasach.
Mówi się, że silne matki mogą albo osłabiać, albo wzmacniać synów. Jaki wpływ miała Pana matka na Pana życie?
– Dzięki mamie nauczyłem się, że kiedy się za coś biorę w życiu, muszę to robić dobrze. Zawsze, najlepiej jak potrafię. Ona uczyniła mnie tym, kim jestem dzisiaj. Odziedziczyłem także pewne pozytywne cechy po tacie. Nasze rodzinne problemy tylko mnie wzmocniły. Nigdy nie było takiego momentu, żebyśmy nie mieli pieniędzy w domu. Mama nigdy nie myślała o sposobach, jak tylko dostać jakąś pomoc. Zawsze wiedziała, że musi na to zapracować.
Pamiętam dzień, kiedy mama kazała mi myć łazienkę w wieku dziesięciu lat. Kiedy myślałem, że skończyłem, kazała mi wracać i poprawiać moje niedociągnięcia kilka razy. Te powtarzane próby nauczyły mnie w końcu, co znaczy dobrze umyć łazienkę. Na podstawie tego jednego wydarzenia nauczyłem się, że cokolwiek robię w życiu, muszę być tak dokładny i sumienny, jak wtedy, gdy zmagałem się z tym zadaniem sprzątania łazienki w dzieciństwie.
Ale chodziło tu o coś więcej niż pytanie „dlaczego piątki, a nie szóstki”?
– Pamiętam, jak kiedyś pokazałem mamie świadectwo z bardzo dobrymi ocenami. Jednak była też czwórka. Wydawało się, że tego nie zauważyła i zamiast tego pochwaliła mnie za dobre oceny. Zastanawiałem się dlaczego. Zapytałem ją o to w ostatnich dniach jej życia. Przyznała, że znając mnie, wiedziała, że i tak będę chciał poprawić tę ocenę sam i że nie musiała nic mówić. Moja mama miała wielu pracowników w swoich firmach, którzy do dziś mówią o niej z wielką czułością.
Przeżył Pan chorobę i odejście pięciu osób w ciągu kilku lat: żony, rodziców i teściów. Jaki to miało wpływ na Pana karierę?
– Wszystko zaczęło się, gdy zmarł mój tata… Jakby odwróciłem się plecami do swojej kariery i klientów. Nadal pracowałem. Starałem się jak zawsze najlepiej. Jednak moja praca wtedy mnie nie uszczęśliwiała. Największym ciosem była śmierć mojej żony, która zmarła w wieku 49 lat. Mieliśmy bardzo dobre małżeństwo. Wtedy moja sytuacja zawodowa stała się jeszcze gorsza. Trwało to przez jakiś czas. Potem przyjaciel zasugerował, że powinienem pójść na terapię. Poszedłem. Bardzo mi to pomogło. Od dwóch lat mam z powrotem swoje życie i mogę znowu cieszyć się moimi dniami.
Tysiące osób korzysta z terapii, ale mężczyźni niechętnie się do tego przyznają…
– Kiedy moi klienci przechodzą trudne chwile, zawsze sugeruję rozmowę z profesjonalistą. Kobiety są silniejsze i nie wstydzą się prosić o wsparcie. Jednak mężczyźni również powinni odważyć się to zrobić. Polskie społeczności są często rozdarte przez dysfunkcje wynikające z alkoholizmu, przemocy. Ludzie po prostu cierpią.
W tamtym czasie życia postanowił Pan również poważnie podejść do zdrowia. Na czym to polegało?
– Ćwiczę dość dużo od 16 roku życia. Trenuję do 10 razy w tygodniu. Nawet 40-minutowy energiczny spacer uważam za trening. Ostatnio również dużo czytam i uczę się o zdrowiu. Wierzę, że są rzeczy, które są odwracalne, że jesteśmy w stanie sami się leczyć. To nie znaczy, że możemy zrzucić 30 lat z naszych pleców. Jednak są sposoby, których możemy użyć, aby je przedłużyć i uczynić bardziej przyjemnym.
Poważne podejście do zdrowia przyszło po śmierci moich bliskich. Chcę dać sobie szansę na lepsze, dłuższe życie. Poszedłem również do bardzo kompetentnego lekarza. Z pozytywnej strony zdałem sobie sprawę, że nawet jeśli cała moja rodzina zmarła na raka, to niekoniecznie oznacza, że ja też muszę. Jeśli nie dam chorobie podstaw, po prostu się nie rozwinie.
Jeśli chodzi o opcje opieki zdrowotnej, żyjemy w czasach obfitości.
– Dokładnie! Peter Diamandis, doskonały coach życiowy, również pisał o obfitości. Ciągle narzekamy, ale życie nigdy nie było tak dobre jak w naszych czasach. Każdy ma teraz elektryczność, łazienkę, wodę itp. Musimy myśleć pozytywnie. Negatywne myślenie może spowodować prawdziwą chorobę, nawet ranę na ciele…
Jest Pan postrzegany w polskiej społeczności Chicago jako ważny prawnik, taki który wygrywa duże sprawy o odszkodowania za szkody wynikające z wypadków. Rzeczywiście, wygrał Pan ich sporo. Która z nich najbardziej wpłynęła na Pana karierę?
– Moim osobistym sukcesem, nie w kontekście finansowym, było wygranie przeciwko systemowi franczyzowemu 7-Eleven. W końcu poczułem, że mogę walczyć z największymi. Poczułem się dobrze ze sobą. Czułem, że jestem doświadczonym prawnikiem. Moim zamiarem była walka o młodą kobietę, która pracowała w 7-Eleven i została zgwałcona przez dostawcę gazet. Po tym wydarzeniu wielu prawników z centrum miasta, których spotykałem na salach sądowych, uznawało mój sukces. To było bardzo pokrzepiające.
Prowadzi Pan kancelarię prawną z partnerem. Czy poleca Pan partnerstwo w tym zawodzie?
– Świadomie wybrałem swoją dziedzinę – sprawy wypadkowe. Pracując na siebie, mam większą elastyczność i mogę tworzyć to, co chcę. Wcześniej prowadziłem wiele spraw w wielu dziedzinach i wierzę, że moje doświadczenie i wiedza są ponadprzeciętne. Mój partner w kancelarii, ze względu na swój wiek, lata i doświadczenie w zawodzie, był dla mnie dobrym mentorem.
George Bellas, partner, z którym współpracuje Pan od ponad 30 lat, powiedział: „Piotr Wachowski jest prawnikiem, który ma najwyższy szacunek dla swoich klientów; po prostu traktuje ich jak swoją rodzinę. Jest całkowicie zaangażowany w każdą sprawę i oddany ludziom. Na przestrzeni lat, gdy nasza współpraca i przyjaźń dojrzewała, Piotr stał się pierwszorzędnym prawnikiem, nieustannie szukającym nowych sposobów walki o swoich klientów. Mam do niego pełne zaufanie i jestem dumny, że jestem jego partnerem.” Co Pan myśli, gdy to Pan słyszy?
– Cieszę się, że tak myśli. Obaj dużo zainwestowaliśmy w nasze partnerstwo. Wydaje mi się to trochę dziwne, gdy słyszę komplementy dotyczące sposobu, w jaki wykonuję swoją pracę. Tak naprawdę ich nie potrzebuję, ponieważ szczerze wierzę, że praca wysokiej jakości to moja odpowiedzialność.
Czy to prawda, że lekarze poleciliby Pana usługi członkom swojej rodziny, ale nie lubią współpracować z prawnikami w Pana branży?
– To prawda i dzieje się tak, ponieważ walczę za swojego klienta do końca. Kiedy widzę zawyżone rachunki medyczne na koniec sprawy, muszę walczyć również z tymi rachunkami. W przeciwnym razie moi klienci otrzymaliby mniej, niż rzeczywiście są warte ich sprawy.
Czy czuje się Pan nielubianym w społeczności z tego powodu?
– Nie, czuję się szanowanym, ponieważ nie gram w czyjąś grę.
Czy Pana postura i fakt, że jest Pan wysoki, pomaga Panu w sądzie?
– Nie wiem. To zabawne, że Pan pyta. Zawsze myślałem, że mój wzrost jest po prostu przeciętny. Zauważam różnicę tylko wtedy, gdy mogę stanąć obok kogoś przed lustrem.
Co Pan czuje przy tych dużych stołach w salach sądowych, gdy jeden prawnik staje naprzeciwko całego zespołu prawników reprezentujących korporację, z którą Pan walczy?
– Wierzę, że trema to naturalny proces, jeśli robimy coś, na czym nam głęboko zależy. Jeśli ktoś robi coś nowego, coś, czego nigdy nie robił i mówi, że się nie boi, nie wierzę tej osobie. To naturalne, że się boimy. Musimy być jednak odważni.
Będąc Strzelcem, osiągnął Pan sukces zawodowy, ma Pan szczęśliwą rodzinę i drugą piękną żonę. Jest Pan otwarty i deklaruje duchowe życie. Czy tak wygląda bycie Supermanem? Czy ma Pan jakieś słabości?
– Mogę być słaby, jeśli chodzi o moją dietę. Zdarzają się momenty, kiedy nie mogę kontrolować swoich emocji. Czasami mogę eksplodować lub mówić, zanim pomyślę. Bardzo ciężko nad tym pracuję. Jestem szczęściarzem. Dostałem drugą szansę w moim życiu osobistym. Półtora roku temu ożeniłem się z Polką – Klaudią. Moja żona jest twarzą reprezentującą firmę kosmetyczną. Podróżuje po całym świecie. Uzupełniamy się. Podczas gdy ja czasami mogę mieć niedojrzałe myśli, ona jest tą, która zawsze trzyma nas w ryzach.
Powiedział Pan: Mogę być alfa, jeśli chcę być alfa, ale jednocześnie jestem bardzo wrażliwym facetem. Czy w szkole prawniczej uczą równowagi?
– Nauczyli mnie w szkole myśleć jak prawnik. Jednak przed college’em trzeba rozwinąć pewne predyspozycje. Wszystko w życiu powinno mieć równowagę. Łatwiej mi walczyć w życiu za kogoś niż za siebie.
Kiedy byłem młodszy, zawsze walczyłem za słabszego faceta. Czułem, że muszę. Nigdy nie prowokowałem bójki. W liceum był taki jeden wysoki uczeń. Gdy przechodził, zawsze uderzał w głowę drobnego polskiego ucznia. Denerwował mnie tak bardzo, że w końcu wyzwałem go, żeby wybrał kogoś o swojej posturze. Powiedział, że ja jestem o jego posturze. Zareagowałem od razu – uderzyłem go tak mocno, że myślałem, że jego głowa się obróci. Zostałem za to wysłany na karę. Okazało się jednak, że w moim katolickim liceum niektórzy księża byli wdzięczni, że udało mi się sprowadzić krnąbrnego ucznia do porządku.
Jest Pan osobą wierzącą. Przeszedł Pan przez cały katolicki system edukacji. Jaki miało to wpływ na Pana życie?
– Od momentu mojej pierwszej komunii zawsze czułem, że Duch Święty działa w realny sposób. Bez całej mojej katolickiej formacji nie byłbym w stanie sformułować, zdefiniować rzeczy, których doświadczyłem. Najczęściej chodzę do kościołów, aby się modlić, gdy są puste. Szczególnie do najpiękniejszego kościoła w Chicago – Matki Boskiej Anielskiej. Kiedy tam siedzę, wyobrażam sobie, że jestem z powrotem w latach 50. i że jest tam kilka tysięcy Polaków.
Czy czuje się Pan swobodnie, rozmawiając o śmierci?
– Nie boję się śmierci i wszyscy musimy to zaakceptować. Memento mori… Poprzez moje lektury filozoficzne zrozumiałem, dlaczego ludzie w średniowieczu powtarzali tę frazę kilka razy dziennie.
Co Piotr Wachowski powie o swoich dzieciach?
– Mam dobre, mądre, zdrowe dzieci. To naprawdę czyni mnie „najbogatszym człowiekiem na świecie”. Gdybym miał pieniądze i stracił rodzinę, byłbym najuboższym. To jest moja interpretacja cytatu św. Pawła „Hymn o miłości”.
Wszystkie troje moich dzieci (24-letni Filip, 22-letnia Krystyna, 20-letni William) mają wspaniałe, specyficzne poczucie humoru. Dużo się śmieją; chcą, żebym opowiadał dowcipy; są mądre. Więc cały czas się bawimy, robimy miny. Bardzo kocham moje dzieci; czuję, że wszystko, co zrobiłem w życiu, miało być dobrym przykładem dla nich. Aby pomóc im zbudować dobre przyszłości dla siebie.
Nie wyobrażam sobie życia bez nich. Wiele moich życiowych decyzji zostało podjętych z myślą o nich. Moje dzieci dały mi dużo motywacji do sukcesu; dały mi cel w życiu. Moja kariera zawsze była drugorzędna wobec domu i dzieci. Rodzina zawsze była jedną z podstawowych wartości, którą bym kiedykolwiek skompromitował.
Czy jest Pan idealistą?
– Byłem wcześniej, chociaż może to być trudne do uwierzenia. Teraz widzę to u mojego najstarszego syna…
Założył Pan Polski Fundusz Edukacyjny Wieczysty. Jaki jest jego cel?
– Być może nie zrealizuję w pełni tego marzenia, dopóki nie przejdę na emeryturę. Wybiorę bardzo utalentowanych młodych Polaków, których nie stać na szkołę i postaram się znaleźć zasoby, aby wysłać ich na studia. Jeśli niektóre uniwersytety w Kalifornii się zaangażują, mogą okazać się wybitnymi naukowcami…
„Międzybłoniak opłucnej” to Pana nowy zawodowy plan na przyszłość?
– To plan, w którym naprawdę chcę rozpowszechnić wiedzę w polskich społecznościach. Jeśli czytelnicy czasopisma mają krewnych, którzy już wrócili do Polski i są chorzy na coś, co wygląda jak rak płuc, są szanse, że zostali źle zdiagnozowani i to nie jest rak płuc, ale międzybłoniak opłucnej. Jeśli te osoby pracowały w Ameryce w latach 70. i 80. jako usuwacze azbestu, malarze, wykonawcy, a nawet mechanicy, z pewnością mógłbym pomóc tym ludziom. Chętnie przyjmę ich w mojej kancelarii prawnej.
A co sprawia Panu przyjemność, co sprawia, że się Pan śmieje?
– Czerpię przyjemność z nauki. Pasjonuję się czytaniem wszystkiego, co mnie motywuje i pozwala mi się rozwijać. Śmieszą mnie proste rzeczy, zabawne fragmenty rzeczywistości. Mam sarcastyczne poczucie humoru. Jestem żartownisiem. Na przykład, zadzwonię do Sam’s Club i udaję, że mówię innym językiem, z mocnym akcentem. Moje dzieci dorastały obserwując te wygłupy. Uwielbiam komedię i kluby komediowe. Często chodzimy na występy komediowe. Wspaniały dzień to taki, w którym się śmiałeś, płakałeś, nauczyłeś się czegoś nowego i zastanawiałeś nad życiem.
Bardzo dziękuję za wywiad.
Rozmówczyni: Tatiana Kotasińska

